Brak komentarzy

Wiele razy zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak. Tak szczerze. Analizowałam, rozmyślałam, zastanawiałam się godzinami wpatrując się w powietrze… I w sumie nawarstwiło mi się epitetów wszelakich. Od groma negatywnych wyników tych rozmyślań. Czy może moja beznadziejność jest wynikiem tego, że jestem brzydka? Głupia? Gruba? Niepoważna? Tchórzliwa? Nieogarnięta? Nieśmiała? Niedorozwinięta? I rozkładałam na czynniki pierwsze wszystko po kolei, nieraz i cały dzień poświęcając uwagę na przykład samemu zagadnieniu mojej głupoty, czy tchórzliwości. I zawsze kiedy już myślałam, już pewna byłam nawet, że tak! To o to chodzi! Zdiagnozowałam się, i teraz mogę z tym walczyć, znaleźć wyjście… Zawsze wtedy ostatecznym wnioskiem było, że jednak nie. Nie to. Bo jak moja beznadziejność może być powodowana przez ten jeden czynnik? Ale długo dochodziłam do tego wniosku. Chyba z parę lat. To głupie, ale olśniło mnie gdy przypomniałam sobie anegdotkę dla dzieci. Nawet nie pamiętam od kogo ją wtedy usłyszałam.

Mówiła o misiu, który leżał w łóżeczku z bolącym brzuszkiem, po powrocie z przyjęcia u jakiegoś innego zwierza. Zastanawiał się misiu dlaczego go boli brzuszek: „Może ten tort mi zaszkodził? A może te ciasteczka były nieświeże? A może to gazowane napoje tak mi dokuczyły, że mnie boli brzuszek? Ale bardziej chyba chodzi o te chipsy, na pewno były stare. Te ciasta też nie wydawały się zbyt świeże. Na pewno zjadłem coś nieświeżego, dlatego teraz cierpię.” I wtedy padało pytanie: Dlaczego misia boli brzuszek?

Jako dziecko zaśmiałam się i pewnie odpowiedziałam, że misio nie zjadł niczego nieświeżego, po prostu się przejadł tym wszystkim.

Kurwa.

I jako dziecko zrozumiałam, że problemem nie była jedna rzecz. A teraz musiałam nad tym dumać parę lat… Nie problemem jest to, że jestem brzydka, bo z samą brzydotą da się żyć, nawet jakby dorzucić do tego koktajlu nieśmiałość, to też bym mogła funkcjonować. Z każdą z wydumanych przeze mnie pojedynczych epitetów da się funkcjonować. Ale nie ze wszystkimi. Shake zjebania jest jednak zbyt wieloskładnikowy, przez to niesmaczny i niestrawny. Jestem takim właśnie szejkiem, którego w sumie nie wiem jak naprawić. Jak naprawić wszystko?

Kiedy byłam dzieckiem, roztropnie uznałam, że nie chcę mieć dzieci. Bo tak. Bo to odpowiedzialność. Nastoletnia ja, tylko się w tym utwierdziła, popierając wnioski tym, że skoro sama nie radzę sobie ze sobą, to jak zadbam o kogoś innego. Później dorzuciłam do kotła jeszcze argument, dla samej siebie, że to byłoby okrutne przekazywać moje geny dalej. Powoływać na świat człowieka, którego nie będę umiała wychować na kogoś lepszego od siebie? Przekazać mu wszystkie swoje negatywne cechy? Głupota.

Kiedy byłam dzieckiem, uznałam, że nigdy nie wyjdę za mąż. Bo tak. Bo faceci są głupi. Nastoletnia ja poparła moją decyzję. Dlaczego miałabym psuć sobą życie innej osobie? Znając własne mankamenty charakteru uznałam, że nie mogę zatruwać życia innym. Jestem toksyczna. Nie wyszło. I nie zrozum mnie źle… To nie tak, że chciałam komuś zatruć życie. Po prostu mój zjebany szejk, posiada jeszcze pasożytnictwo. Nieumiejętność radzenia sobie w życiu, jeśli nikt nie pociągnie za rączkę. Więc jestem tu i zatruwam. Niszczę, bo chyba tylko to potrafię. I w tym niszczeniu myślałam, by zniszczyć moją pasożytniczą symbiozę, nie dlatego, że chcę, ale dlatego, że tak trzeba. Przestać zatruwać życie innych, dać im wolność i komfort nieprzebywania ze mną. Ale nie umiem. Może to sadyzm? Okrucieństwo? Nie wiem.

Myślałam wziąć wódkę i iść do lasu. Ale jestem tchórzem.

Tak po prostu to piszę. Bo przyszła ponownie obojętność i mogę. Pojawia się w końcu zawsze. Przeplatana z dniami, tygodniami czasem, poczucia całkowitego złości, smutku, żalu lub beznadziejności. Potrafię się nad sobą roztkliwiać i w kółko rozpamiętywać własne zjebanie. Chyba tylko to potrafię. A nie. Jest jeszcze jedno co potrafię. Umiem się uśmiechać i śmiać. Prawie zawsze. Żyję na dwóch płaszczyznach w której w jednej opowiadam ci kawał, a w drugiej już biegnę z wódką do lasu. Taka wielozadaniowość, bo plan tworzy się sam, nawet gdy jest dobrze. To żałosne, że potrafię tak dobrze udawać, że życie sprawia mi radość, a nie potrafię po prostu poudawać, że wcale nie jestem taka głupia, jak mi się wydaję. W tym wszystkim nie potrafię oszukać jedynie siebie. A może by pomogło.

Zamiast tego pojawia się u mnie bierność. Głupie myśli, że jest nadzieja pomimo tchórzostwa. Tak żałosna nadzieja jaka tylko może istnieć. I zdałam sobie z niej sprawę oglądając telewizję. Jak prawie się popłakałam oglądając dokument o autopsjach. Tak bardzo zazdrościłam tym trupom, że odeszły sobie z przyczyn mniej lub bardziej naturalnych i mają już spokój, że poczułam jak coś dusi mnie w klatce piersiowej z żalu, że to nie ja. To jest naprawdę szczere. Żałosne, ale prawdziwe. Zazdroszczę trupom na stole sekcyjnym. Byłoby to śmieszne nawet, gdyby nie było tak nienormalne. I to w sumie chyba całkiem nieźle oddaje mój stosunek do życia.

Ale nie teraz. Teraz jest obojętność. Do tego stopnia, że nie boję się mówić. Choć może nie powinnam, bo zaraz ktoś będzie mnie ganiał z kaftanem. Niesłusznie. To nie jest problem psychiczny, to zwykły, najzwyklejszy shake nieodpowiednich cech charakteru. Dziękuję matko naturo. Masz fantazję. I rozmach…

Brak komentarzy

Klamki się zmaterializowały. O dziwo!

Siedzę skulona, spod byka patrzę w stronę drzwi i nie wierzę. Klamka!

jakaś nadzieja. Droga na otwarty świat. Bezmiar szczęścia, wolności i samodzielności.

Ku lepszemu. Ku wszystkiemu!

Patrzę, przecieram oczy. szczerzę się obłędnie. obcieram ślinotok na ustach. Klamka! naprawdę tam jest!

Na wyciągnięcie dłoni. na raz. od razu. Już!

E. Nie. To pewnie tylko znowu podpucha. Myślę strzelając kostkami. tylko ułuda. ocieram usta raz jeszcze, choć patrzę z nadzieją. Dalej patrzę. Podpucha. na pewno. Ale patrzę.

Klamka znika.

tak. No przecież. Jak zawsze.

Odwracam się do ściany.

ty mała chytra klamko. Wcale nie wierzyłam w twoje istnienie. Wcale! Wcale cie tam nie było. Wcale.

Nie wiem na co patrzyłam.

naprawdę ona tam była? nie. chyba mi się zdawało. nie… Tak! Nie było jej. tak.

jest ściana.

jest. zawsze była. zawsze

Brak komentarzy

Myślałam wczoraj o sobie. O sobie – bo jestem egoistką – i doszłam do wniosku, że jestem piłeczką ping-pongową.

Pustą, z delikatną skorupką otaczającą pustkę, umieszczoną tylko po to, by owa pustka miała jakieś granice. Nie rozlewała się na świat, a jednocześnie, żeby była widoczna.

Czym jest piłeczka ping-pongowa? Jak to się w ogóle pisze? Nieważne. Znowu się rozpraszasz… Jaki cel ma piłeczka, i co robi podczas swojej piłeczkowej egzystencji?

Piłeczka jest odbijana. Jej ruch nadaje tempo odbijania jej przez graczy. Jest tak naprawdę niczym, ale gracze jej potrzebują. I to potrzebują w pewnej konkretnej formie. Okrągłej. Jeśli piłeczka jest wgnieciona, jest do niczego. Jako piłeczka czuję absurdalną dumę, że jestem okrągła i można mnie odbijać – mogą mną odbijać gracze – ale sama nie mam żadnego wpływu na tor mojego lotu, dlatego to absurdalna duma. Ale jestem odpowiednia. Nadaję się. Druga strona medalu jest taka, że jak piłeczka stoczy się ze stołu, ucieka, ktoś ją zaraz podnosi i gra rozpoczyna się na nowo. Nie ma ucieczki, dopóki jest okrągła.

Piłeczka leci od końca stołu do drugiego końca. Nigdzie nie zatrzymuje się, gracz odbija ją jak najszybciej. Czasem tylko… trafia na siatkę na środku stołu. Siatka zatrzymuje jej pęd, pozwala na chwilę odpocząć. Ale gracz nie lubi wyciągać rąk po piłeczkę. Łatwiej jest ją lekko przygnieść paletką i podturlać do siebie. Czasem gniotą zbyt mocno. Mają dużo piłeczek – są tanie, nie muszą być ostrożni – zresztą, kto by się bawił w ostrożność, skoro gra jest tak ekscytująca. Kto by się przejmował jedną piłeczką?

Ale co taka odpoczywająca w siatce piłeczka robi, gdy zatrzyma się w niej? Turla się. Z powrotem do gracza, nawet bez ponaglającej paletki, wraca do niego, ewentualnie stacza się na podłogę. Nie usiedzi w miejscu, w którym jest jej dobrze. Nie może. Nie po to jest piłeczką, żeby chować się w siatce. Została stworzona do gry – jeśli się nie da odbijać, jest bezużyteczna. Nikogo nie obchodzi, co piłeczka czuje. Piłeczka ma spełniać określone funkcje i jest to naturalne. I smutne.

Po co ta piłeczka? Bo jest łatwiej.

O piłeczce można dużo pisać. Zwłaszcza gdy ma się problem ze sobą. Wadę. Skazę osobowościową, która zabrania mówić wprost. Paranoję powiedzenia zbyt wiele. Paranoję, że… ktoś mnie usłyszy. I to jest dopiero absurd, ale komfortowy. Nie chcę by ktoś mnie słyszał. Nikt kogo znam. Bo zaczynają się pytania. Nie chcę pytań. Tu jest dobrze. Ja piszę, nikt nie pyta, nikt nie komentuje, prawie pewne, że nawet nikt nie czyta. Absurd, ale komfortowy. Bo istnieje szansa, że ktoś jednak czyta/słucha, ale szansa to na tyle mała, że nie wzbudza żadnej paranoi i jednocześnie daje poczucie, że istnieje odbiorca-słuchacz. To prawie jak rozmowa. I czuję się po niej lepiej. To znacznie zdrowsze, niż gadanie do siebie. Przerabiałam już to – gadanie z samą sobą mi nie wychodzi. Najczęściej kończy się to kłótnią, niezręcznym milczeniem, albo rzucaniem wyzwisk. Wewnętrzna ja, nie jest najlepszą rozmówczynią. Po prawdzie to jest cholerną perfidną egoistką i nie mogę się z nią dogadać.

Nie śmieszne…

No właśnie.

Brak komentarzy

Źle się dzieje w państwie… ze mną. I przeze mnie.

Szukam przyczyny. Staram się naprawić. Sztucznie.

Szczerzę się w uśmiechu, najszerszym jaki mogę, przy czym drga mi nerwowo zdradziecki kącik oka.

Czy dostatecznie szeroko się szczerzę? Czy wygląda to naturalnie? Zaciskam zęby w szczerzeniu się, ale chwila… czy moje zęby są równe? Nie pokrywają się chyba idealnie. Może wada zgryzu? Czy zawsze takie były?

Trzaskam się po pysku – skup się na szczerzeniu! Obejrzysz je jak będziesz sama, nie teraz. Szczerz się a nie rozpraszaj sobą!

Zamknij oczy i przejdź prosty odcinek. Czemu się wywalasz niedojdo! Chodzić nawet nie umiesz?! Siadaj do kąta! No… chociaż tyle potrafisz. Gratuluję – nauczyłaś się w końcu, że oczy puchną i to widać, więc rób tak żeby nie puchły, bo będzie trzeba szczerzyć się jeszcze szerzej. Gratuluję samokontroli.

 

W kąciku siedzi poirytowany troll. Syka i naprzemiennie pluje jadem. Boże, jaki on żałosny…

Brak komentarzy

R U mine?

R U mind?

R U mad?

Pusto. I choćbyś miał wszystko a… a zresztą, nie ważne już.

Naprawdę myślałam, że kiedyś się ogarnę? Że nagle zmądrzeję i wszystko samo się ułoży? Życie przypomina tetrisa. Wszystko leci z góry, ale jeśli przyjmiesz wszystko bez zmian, to szybko gra się zakończy. Rzucając wszystkim byle jak, stworzysz dziury, które przez cały czas będą irytować i hamować postęp. Musisz wszystko ułożyć, tylko niesprawiedliwym jest to, że wszystko co dobrze ułożysz, ostatecznie znika.

 

Brak komentarzy

Zwalniam. Szybko. Za szybko.

I mam pustkę. Perfekcyjnie chaotyczne myśli. Mój umysł gorączkowo chce perfekcyjnie poukładać chaos w moich myślach. Każdy szczegół chce przeanalizować, precyzyjnie i dogłębnie przeanalizować, i ułożyć z sensem, wszystko to co jest bez sensu i bez wartości, chce zapamiętać i doprowadzić do doskonałości. Za szybko. Niepotrzebnie i bez mojej zgody.

Gdyby tak choć raz skupił się na tym, o co proszę. Na tym co ważne, a nie nieistotne. Nie potrafi.

Jak dziecko śpieszące się z rodzicami do szkoły, wyrywające się i wrzeszczące histerycznie, że chce akurat teraz iść się pobawić. Wbrew priorytetom, wbrew zasadom i wbrew oczekiwaniom. Śmiesznie tupie nóżką i dąsa się, że rodzice nie widzą, że to zabawa jest ważniejsza, bo ono wie lepiej. Nie wie, ale jeszcze o tym nie wie.

Żal mi samej siebie. I żal mi wszystkich, którzy muszą ze mną żyć. Ale bardziej byłoby mi ich żal, gdyby nie musieli już ze mną żyć. Więc żyję.

Brak komentarzy

Pokaż mi jak być silną znowu, bo sympatyczny atrament przestaje działać.

Bo chcę zostawić to miejsce, zamek ze szkła, któremu zgaszono blask.

Wpadając nocą, tak by nie widzieć, że już nie jest się tym, którym mogło się być.

Ale obiecuję, że to jeszcze nie koniec.

 

Kaju. Gdzie jesteś?

Brak komentarzy

Dobry wieczór, mała Kaju. Dlaczego znowu do mnie przyszłaś?

 

Śnił mi się cmentarz. Dwie fale ludzi na alejkach – niosły mnie i niosły symbol szczęścia.

Spoglądałam nieśmiało za ramię. Tak by nikt nie widział, że patrzę z nadzieją.

Szczęście patrzyło na mnie. Bardziej zdecydowanie, ale szło w przeciwnym kierunku.

Dostrzegło mnie. Odwróciłam wzrok, przerażona, że mnie widzi.

Nie było nachalne. Spoglądało, próbowało wychwycić mój wzrok.

Najpierw nieśmiało. Później z większą determinacją i zobaczyło…

Poszłam dalej, nie odwracając się. Szczęście też zrezygnowało i dało się ponieść przez tłum…

Już nie patrzyło.

Ale ja spojrzałam… i już go nie zobaczyłam.

Brak komentarzy

A co jeśli nie jestem tą, którą chcielibyście bym była?

Co jeśli zakładam maski i żongluję nimi? Jak w szybkim tańcu. Dwa kroki, nowa maska, dwa klaśnięcia, nowa maska, obrót, dwie nowe maski…

A co jeśli już nie mam twarzy?

Ja to nie ja. Ja to wy. Wy to wy. Ja to wszyscy.

Co jeśli oprócz maski trzymam lustro?

Jak mnie wtedy widzisz gdy stoisz przede mną?

Widzisz mnie,  czy siebie?

Czy może ważniejsze – kogo chcesz zobaczyć?

Jestem dla was, zawsze. Egoistycznie dla was, nie dla siebie.

Egoistycznie bo tak chcecie patrzeć. Egoistycznie na siebie. Nie na mnie.

To tylko kłamstwo. Nie ja jestem egoistką. To wy chcecie bym miała maskę i trzymała lustro. Egoistycznie.

Ja po prostu wam to umożliwiam. Przeglądanie się we mnie. Bo przecież nie mnie chcecie zobaczyć.

Siebie chcecie widzieć.

Tylko siebie.

Ja?

Ja chcę tylko żebyście mogli patrzeć na mnie, widząc własne odbicie.

Skoro to jest szczęściem, to i ja będę szczęśliwa.

Maestro, muzyka! Kurtyna jeszcze nie opadła…

Brak komentarzy

Chaos. Totalny.

Bezsilność. Totalna.

Wszystko inne a takie samo. Nie mam już paranoi, mam napady realizmu. Mocno. Często. Dobitnie.

Bezsilnie.

Pojęcie samotności w tłumie. Egoistycznie. Bardzo.

Bezsłowie. Bezproblemowie. Bez słowa. Bez problemu. BUM!

Ja. Ta sama. Bardzo źle. Bardzo zła. Bardzo bezsilna. Bardzo słaba. Bardzo sama. Bardzo egoistyczna.

To nie powinno tak wyglądać.


  • RSS